ZalogujRejestracjaSzukajZaloguj się, by sprawdzić wiadomościGrupyStatystyki
 Ogłoszenie 

09 maja — początek akcji Prawdziwiej nie będzie;
22 maja — koniec akcji Prawdziwiej nie będzie;
23 maja — początek akcji Tego jeszcze nie było
23 maja — początek akcji Było minęło
06 czerwca — koniec akcji Tego jeszcze nie było
08 czerwca — koniec akcji Było minęło
01 czerwca — początek akcji Dziecinada
05 czerwca — koniec akcji Dziecinada

ZABAWA: 333 sposoby, w jakim można pokazać swoją aktywność na forum
    RARRYSNARRYDRARRY
Hufflepuff || Gryffindor || Ravenclaw || Slytherin
783 || 336,5 || 616 || 531,9

[T] ma pierwszeństwo, [NZ]/[Z] i [S] ustępuje tylko [T], i są sobie równe - nie używa się ich jednocześnie. [Z]/[NZ] oraz [S] górują nad [D] i [M]. Nie istnieje coœ takiego jak [P] do poezji albo [Di] do dribble. Więc np [T][NZ][D], albo [T][S][D], ALE NIE [NZ][S][D] albo [T][Z][S][D], bo Gospodziany TAG seria to nie seria z AO3 lub też seria w normalnym tego słowa znaczeniu.

W razie problemów z rejestracją - usuń polskie znaki z wpisywanych informacji.
Jeśli to nie pomaga, skontaktuj się z nami na FB Gospody
(kontakt alternatywny: klaqa@onet.pl)

Regulamin Główny || Regulamin Czytelni || Gospoda w pigułce
Aktywny udział w życiu forum
Do kogo się zwrócić

Poprzedni temat «» Następny temat
[M] Imiona
Autor Wiadomość
Nichiko 



Pracownik Ministerstwa


Wiek: 21
Dołączyła: 13 Lut 2015
Posty: 466
Skąd: Z II Materialnej
Wysłany: 2016-10-29, 22:58   [M] Imiona

Autorka: Nichiko
Beta: brak :(
Fandom: Saga Wiedźmin Sapkowskiego.
Pairing: Sigsmund Dijikstra/Insegrim Faolitarna
Notatka: Odkąd odsłuchałam ostatniej części, chciałam napisac coś o Dijikstrze i Faolitarnie. No bo Sapkowski po prostu prowokuje... Aha, nie uznaję Dijikstry z gry, moim zdaniem Dijikstra nigdy nie byłby przestępcą i nigdy nie wróciłby do Redani. To po prostu nie w jego stylu, no.
Ogółem jest trochę erotica, ale tylko trochę, bo ja i romanse nie jesteśmy dobrym połączeniem. Ja i opisy seksów tym bardziej. Ale zrobiłam co w mojej mocy!
Ostrzeżenia: Postacie mogą być trochę OOC (o ile Boreasowi Munowi czy Faolitarnie wgl. można przypisać kanoniczny charakter), zmiana narratora, opowiastka szkatułkowa. Co jeszcze? Magia i zmienianie kanonu, bo Avallach to dupek.
Aha, konieczna dość dobra znajomość kanonu, bo inaczej to nie ma sensu,

Imiona

Zanim przystąpię do opowieści, muszę wyjaśnić, co i jak. Nie jestem dziejopisarzem, bardem ni innym artystą, jeno prostym łowcą. Jednakże, w służbie Jego Cesarskiej Mości Emhyra var Emreisa nauczono mnie jednego: dokładnego sporządzania raportów. Więc nie dziwujcie się, że opowiadam tak, jak opowiadam. To, że wiele pamiętam, nie o konfabulacji świadczy, a jeno o wytrenowanej pamięci. Zacznę więc od początku.

Kiedy jasnym się okazało, że Puszczyk nie tylko zdradził Cesarza, ale i nas wszystkich na śmierć chce posłać, doszło do mnie, że nic mnie tu już nie czeka i nie ma za co umierać. Ja prosty chłop, na politykowaniu się nie znam. Jak do oddziału wzięli, godnie płacili, to nie pytałem, jeno wykonywałem rozkazy. Nawet, kiedy część oddziału, tam, przed jeziorem, uciekła, jam ostał. Ale walczyć z wiedźminem, czarownicą, Panią Jeziora i bandą zabijaków? Ceniłem swoje życie na tyle, by wiać, kiedy nadarzyła się okazja.

Traf chciał, że na przełęczy Elskerdeg, a właściwie jeszcze przed, na wejściu samym, spotkałem dwóch innych wędrowców. Początkowo nieufnie odnosiliśmy się do siebie, ale jako, że los nas zetknął w drodze, niebezpiecznej drodze, to musieliśmy sobie zaufać. Znać było, że ci dwaj musieli się już zetknąć i chyba nie była to pogodna przeszłość. Ale większego to znaczenia nie ma, bo tak czy inaczej podali sobie prawice, zjedliśmy razem wieczerzę i ranem ruszyliśmy w drogę.

Żaden z nas nie znał celu swojej wędrówki, to było jasne i nie trza było nikogo pytać. Pielgrzymowi i elfowi widać oberwało się jako i mnie – rykoszetem. Może i znaczniejsi byli, ale, widać, nie na tyle, by to ich ochroniło po Pokoju Cyntryjskim, na co nie omieszkali po wielokroć narzekać.

I tu mogłaby się zakończyć niesławna historia o trójce uciekinierów, gdyby nie pewne dziwne zdarzenie. Otóż, idąc przełęczą trzeci czy czwarty dzień, nie pomnę, bo one jednakie były, zobaczyliśmy na niebie dziwną poświatę, jakby łunę. Zmierzchało już, więc widać ją było bardzo dobrze na tle szarego nieba. Moi towarzysze myśleli, że może ktoś kura po zaścianku puścił, ale doszło do nas, że to raczej niemożliwe...

***


– Co jest, do chuja pana? – warknął Sigismund Dijikstra, teraz każący nazywać siebie Sigim Reuvenem.
– Wiocha się pali, czy jak? – zasugerował niepewnie Insegrim. – Moich tu nie ma, wasi chyba też nie zapuszczają się w te góry… Może Czarni?
– Nie – wtrącił się, zwykle milkliwy, Boreas Mun. – Nilfgaard nie ma czego szukać w Zerrikani. Za duży kłopot logistyczny, nieznany potencjał militarny…
Dwaj pozostali mężczyźni spojrzeli na niego ze zdziwieniem.
– Może ja prosty łowczy jestem – żachnął się – ale wystarczająco dużo czasu w oddziale wywiadowczym spędziłem, coby mieć podstawowe informacje.
Jego towarzysze chyba nie sądzili, że informacje są podstawowe, ale nie komentowali.
– Może zwykły pożar? – zasugerował elf. – Możemy pójść i obaczyć. Zakradnę się do wioski, wy poczekacie. Umiem się…
– Jasne, że umiesz – prychnął pielgrzym. – Kto jak kto, ale ty w przemykaniu się po lasach masz nieliche doświadczenie.
Elf spojrzał na niego spode łba, a jego oszpecona bliznami twarz wykrzywiła się w wyrazie pogardy.
– To, że ty nie jesteś w stanie ubrudzić sobie rączek…
– Panowie! – przerwał im Boreas, przewracając oczami. To nie był pierwszy raz, gdy tamta dwójka przerzucała się wymówkami. Na szczęście, upomniani, natychmiast się opanowywali. – Pomysł jest dobry. Juże prawie jesteśmy w Zerrikani, a to pierwsze sioło, na jakie trafiamy. Zda się nam odpocząć, zjeść coś. A to nie wygląda, coby się cała wiocha paliła, raczej jakaś chałupa, stodoła może? – Znów zarobił zdziwione spojrzenia. Westchnął w duchu i kontynuował tłumaczenie. – Może wyście wiochy palili, ale ja między tymi wiochami żyłem. Dymu mało, łuna wielka, ale dymu mało i nie taki gęsty, żadnych zwierząt ni ludzi nie pali się. Tłuszcz inszej się pali. I bardziej śmierdzi.
– Znaczy się – zaczął Dijikstra – łuna większa niż pożar?
– To może być – przytaknął łowczy. – Tu, w wąwozie, inaczej światło się rozchodzi niż na otwartej przestrzeni.
– Innymi słowy, wyruszamy do sioła – zniecierpliwił się Insegrim i, nie czekając na nikogo, zaczął się kierować w stronę smugi dymu. Przez las, na przełaj. Dijikstra zaklął, ale za elfem poszedł. A właściwie pobiegł, bo to, co elf uznawał za szybkie skradanie, w przypadku człowieka było jakimś dziwacznym marszobiegiem z unikami. Boreas Mun popatrzył na nich jak na idiotów i też poszedł. Zwierzęcą ścieżką, widoczną na pierwszy rzut oka nieopodal. Okolica była nimi poprzecinana, nie trzeba było się za bardzo wysilać, żeby to zauważyć. Jasne, można skakać między krzakami, niemalże po drzewach, tylko po co? Tak było wygodniej. I, paradoksalnie, szybciej.
Kiedy ścieżka doprowadziła go do rzeczki ruszył w jej górę. I, jak często bywało w lasach nienawiedzanych przez ludzi, jeden jej brzeg był wydeptany wieloma łapami. Boreas nie łudził się, że będzie tak aż do wioski – a, że rzeczka prowadzi do wioski było niemalże pewne, a jeśli nawet nie do samej wioski to w pobliże, ludzie też potrzebowali czystej wody, a studni kopać tu z pewnością nie było łatwo – w końcu zwierzęta trzymają się w pewnym oddaleniu od ludzi, ale brzeg był z pewnością wygodniejszy do pokonania niż gęsty las.
Nie mylił się. Zwierzęca ścieżka urywała się przy bobrzej tamie. Miał szczęście, bo basen utworzył się głównie po drugiej stronie strumienia, z tej wylewał się tylko trochę, rozmaczając twardą ziemię. Łowczy zaczął obchodzić dookoła moczary, jednocześnie trzymając się możliwie blisko brzegu, bo na granicy wzroku las zdawał się rzednąć. Pewnikiem niedaleko była polana i…
Tak, kiedy obszedł rozlewisko las był już wyraźnie rzadszy. Niedługo potem znalazł zdecydowanie ludzką, twardo udeptaną ścieżkę do rzeki i ruszył nią.
Zatrzymał się niedaleko bramy i zagwizdał, nie wiedząc, czy jego towarzysze z przypadku rozpoznają sygnał. Nie widział nigdzie śladów, które prowadziłby od lasu do wioski i nie podejrzewał, by przyszli tu przed nim. Odczekał jakiś kwadrans i znowu zagwizdał. Za trzecim razem odpowiedział mu cichy gwizd, a z krzaków po przeciwnej stronie wyłonił się elf, obsypany liśćmi. Chwilę po nim z gąszczu wyłonił się Pielgrzym. Boreas patrzył na nich z rozbawieniem.
– Niby to elfy żyją w lesie, a jakby lasu zupełnie nie znały. Ot, dzieciaki… – zaczął rozbawiony, ale kiedy elf wyprostował się durnie, zaczął tłumaczyć. – Patrzcie na niego, gęba bliznami poznaczona, harde spojrzenie, a ledwo co jest w stanie nie robić piersią jak zajeżdżona klacz bokami. Nawet chrapy mu chodzą. A pan, panie Pielgrzym? – Teraz zwrócił wzrok na człowieka. – Wygląda pan, jakby polował na stado złośliwych wiewiórek, a nie do osady szedł. Nawet zza pasa badyle dyndają.
Elf, ewidentnie obruszony, fuknął tylko cicho i odwrócił głowę w stronę osady otoczonej niskim płotem, Sigi za to nic nie powiedział, tylko patrzył na niego spode łba.
– Doprowadźcie się do porządku, zanim pójdziemy dalej.
– Nie żyłem w lesie, by biegać za zwierzętami – oznajmił elf, gdy w końcu doprowadzili się do porządku, służąc sobie wzajemnie za lustra i strzepując plecy. Boreas Mun patrzył na nich z rozbawieniem.
– Jak mówiłem, wioska się nie pali – skomentował Boreas, który zorientował się w sytuacji – jeno jeden budynek. Sąsiednie aż mokre od wody, ale tego nie gaszą.
– Co? – Dijikstra patrzył na niego z osłupieniem w oczach. – Zupełnie bez sensu. Czy w tym waszym Nilfgaardzie nawet chłopów pokaziło? – Łowczy tylko wzruszył ramionami.
Weszli do wioski. Przy bramie, równie niskiej jak cały płot, nie było żadnej straży. Tylko niedaleko kręcił się jakiś podstarzały jegomość.
– Wybaczcie – odezwał się po Nilfgaardzku tropiciel – myśmy zdrożeni wędrowcy. Zwidzieliśmy łunę na szlaku i myślim, jakaś wiocha. Zjeść co, przespać się może?
– Skąd i dokąd droga prowadzi? – spytał nieufnie dziadek.
– Myśmy byli osadniki – odezwał się spokojnie Nilgaardczyk – ale po pokoju kazali się nazad zbierać, jeno do czego nie powiedzieli. Jaki czas każdy z nas dorabiał, we mieście się najmował ale to marne życie. No to myśmy się do Zerrikani umyślili wyprawić, może tam osiąść albo jakich skarbów naleźć? Mówią, Zerrikania dziki kraj… – starzec pokiwał głową.
– Nie wim, co to za pokój, ale pojmuję. Gospoda tomój stoi – wskazał ręką mężczyzna. – U nas rzadko goście, ale gospoda porządna, wspólnie wybudowana. Yena, wdowa po sołtysie, ją powadzi.
– Dzięki, dobrodzieju – odpowiedział Boreas Mun i już miał odejść, gdy zatrzymał go głos elfa.
– Czekajcie jeszcze, mości dobrodzieju – odezwał się po Nilfgaardzku, choć znać było lekki zaśpiew starszej mowy. – Powiedzcie jeno, czemu nikt nie gasi tej stodoły? – Faktycznie, płonął jeden budynek. I cały czas stał w wielkich płomieniach, mimo że z pewnością minęła conajmniej godzina od kiedy zobaczyli łunę i dym.
– A bo to i ugasić się nie da. Pan fontanny się rozeźlił i gasić nie pozwoli. Samo się wypali, spokój będzie…
– Pan Fontanny? – spytał zdziwiony Dijikstra z wyraźnie nordlindzkim akcentem. Na szczęście dziadek nie zwrócił na to uwagi.
– Ano, że łon. A kto inny?
– Ale kto to? – spytał Nilfgaardczyk.
– A, wy nie tutejsi prawda. Ale nie mnie o tym bajać. Idźcie do gospody, to wam wszystko opowiedzą. No i nie zapomnijcie Panu Fontanny zapłacić! Inszej gotowy was porazić piorunem albo inszą ulewą.
Wędrowcy popatrzyli po sobie z powątpiewaniem. Bajania leśnego dziadka, pomyślał Dijikstra, ludzkie zabobony przemknęło przez głowę Insegrimowi, skąd u licha fontanna w środku gór??? zdziwił się Boreas Mun.
Ale fontanna, jak się pokazało, była. W gospodzie, jak się okazało, była nawet głównym tematem rozmów.
– Zburzyć ją! – grzmiał jakiś podchmielony obwieś.
– Zamknij mordę, Milny, bo ci jom obije! Nieszczęście na nas sprowadzisz!
Trzej mężczyźni w płaszczach podróżnych płaszczach popatrzyli po sobie ze zdziwieniem i podeszli do baru.
– O co oni tak gardłują, mości dobrodziejko – spytał Boreas Mun, uśmiechając się miło.
– A kto wyście? – spytała kobieta, na oko pod czterdziestkę. Niska, przy kości, w spracowanych rękach trzymała brudną szmatkę.
– Podróżnicy. Do Zerrikani idziem – odpowiedział z uśmiechem.
– A datek już płacili? – Łowczy spojrzał na nią z niezrozumieniem. – Panu fontanny. Nic nie dostaniecie, jak nie pójdziecie. Macie – powiedziała, wciskając im do rąk dziwne, ewidentnie stare monety. – Po pół florena sztuka – powiedziała, wyciągając rękę do zdziwionych wędrowców. – Albo zapłacicie Panu Fontanny, albo zbierajcie się stąd.
– A zaprowadzicie nas? – zapytał, wyjmując z mieszka odliczoną sumę. – I zaklepiecie pokój.
– Ceris! – krzyknęła kobieta, odwracając się gdzieś, gdzie w głębi kuchni pewnie siedział wywoływany. Po chwili z niedostępnego pokoju wyszedł chłopiec o mysich włosach, na oko dwunastoletni. – Zaprowadzisz gości do Pana Fontanny i opowisz, co i jak.
– Dobsze, maam – powiedział chłopiec i odwrócił się do wędrowców.
– A miejsce w sali wspólnej czy inszy pokój. Bo za siennik we wspólnym to będzie dziewięć florenów, a jak w pokoju z trzema ino, to po trzynaście. To jak będzie? – Boreas popatrzył na mieszek niezbyt szczęśliwie.
– Własny – wtrącił się Pielgrzym i wyjął ukryty za pazucha mieszek, płacąc całość z góry – na jedną noc.
– Za mnom, prosim – powiedział chłopiec, gdy stało się jasnym, że wszystko jest już ustalone – Panowie nie tutejsi, ja wszystko opowiem. Bo u nas to tak jest, że w wiosce jest Pan Fontanny. Nie wiemy, czym zacz, bo nie bogiem, skoro w fontannie siedzi.
– A skąd myśl, że w fontannie w ogóle ktoś jest? – spytał z powątpiewaniem elf, wychodząc z gospody.
– A bo to tak było, że jak się czego nie dopełniło, to Pan Fontanny się brał i wściekał. Przyszedł nowy rok, nie dostał grosza, to bach, zaraz się chmury zbierajo, deszcz leje, sine niebo, aż się Pana nie przeprosi. Przyjdzie jaki, na elfy zacznie wyklinać, albo inszej, przyjdzie jakiś i na ludzi mieleć ozorem zacznie, to też się Pan wścieka. O, widzicie, jak się stodoła pali? To Winiawa wrócił z wojny okulawiony, bo on się do wolnej kompaniji zaciongnoł, i na te, no, Wiewióry, strzępił język i zaraz jego ojcu stodoła w płomieniach stanęła. Ociec mówił, że Pan nie lubi tego, no, rasizmowizmu. – Chłopak paplał tak przez całą drogę, a na tyle przejmująco, że nawet się nie obejrzeli, a już stali przed fontanną.
– O, to tu! – powiedział chłopak, wskazując na fontannę, jakby jej nie widzieli.
– Te, no, jom to elfy ponoć ostawiły, jak…
Fontanna rzeczywiście była piękna, w elfim stylu, tylko… tyle, że zupełnie nie pasowała do otoczenia. Boreas Mun rozejrzał się wokół, zdezorientowany. Nie miał pojęcia czemu, ale coś mu się nie zgadzało. Czul się dziwnie, trochę tak, jak w zamku tego okropnego maga, Vilgefortza.
– Bujda – przerwał mu spokojnie Insegrim. – Elfy nigdy nie zamieszkiwały tych terenów. A jeśli nawet, fontanny nie stały w środku niczego. Ta fontanna jest w dobrym stanie, a niczego dookoła, nawet śladów ruin nie ma.
– Ja tam nie wiem – mówiąc chłopiec wydął policzki. – Tak jeno ociec mówił. No i dziaduniu Trin, ale on to niewiele wie, co mówi. No, rzućcie już i wracajmy, bo chłód idzie.
Cóż był robić, rzucili monety i wtedy się zaczęło.
– Pomóżcie! – zaczął zawodzić posąg we wspólnej. Z jakimś dziwnym akcentem, Dijikstra nie rozpoznawał skąd (co było o tyle dziwne, że utrzymywał kontakty dyplomatyczne ze wszystkimi znanymi krajami), ale w miarę zrozumiale. Insegrim rozumiał jak i Pielgrzym, za to Łowczy nie pojmował ni słowa.
– On tak zawsze, nikt nie pojmuje, nie troskajta się – powiedział niedbale szczeniak.
– Zamknij się, szczeniaku – warknął szpieg, nagle zdjęty trwogą. – Kim jesteś? – zwrócił się do posągu chłopaka z fontanny., przechodząc na wspólny.
– Pojmujecie mnie? – spytał, nagle ożywionym głosem.
– Jako tako rozumiem – odburknął Dijikstra. – Kto wy?
– Cregennan z Lod. Jakiś czas… – posąg zamilkł, widząc nagle pobladłego, cofającego się z przerażeniem elfa.
– Wolf? – spytał Dijikstra, odwracając się do elfa.
– To nie możiwe. Cregennan został zamordowany ponad dwieście lat temu, to…
– Prawie zamordowany – poprawił posąg. – A potem odnaleziony i zaklęty w czasie przez Crevan Espane aep Caomhan Macha, który…
– Przestań łżeć! – przerwał bezpardonowo elf, aż szpieg wzdrygnął się, zszokowany gwałtownością elfa, tak do niego niepodobną. – Aen Saeyheme Crevan nie zniżyłby się do czegoś takiego. Po prostu by cię dobił.
– Dobić Dh’oine? – zakpił posąg tak wyraźnie, że było to oczywiste nawet pomimo tego, że jego kamienna powłoka nawet nie drgnęła. – Aen Saeyheme nie zabrudziłby sobie rąk brudną krwią dh’oine, nie zabiłby. Przecież dał mi szanse na odczarowanie. A, że przeniósł w zupełnie nieznane rejony? Jego czar zamroził mnie w czasie, co znaczy, że zamroził też moje zdolności poznawcze. Wpływam na świat tylko wtedy, gdy w fontannie znajduje się wystarczająco dużo podarowanych monet…
Insegrim i Sigi milczeli, jako jedyni rozumiejący, co tu się dzieje.
– Insegrim? – spytał Dijikstra. – Ja się na tym nie znam, ale co robią elfy w takiej sytuacji?
– a skąd ja mam wiedzieć? – Indagowany obrzucił go piorunującym spojrzeniem. – Myślisz, że jak elf to na magii się zna? Twój rasizm…
To jest dobry moment, żeby się stąd zabrać, skonstatował Boreas Mun. Gadające w starej odmianie wspólnego był w stanie znieść, ale kiedy padało słowo rasizm z ust elfa, któreg twarz szpeciły blizny? Złapał chłopaka za kaftan i powoli wycofał się, kiedy mężczyźni byli całkowiecie skupieni na pomniku i sobie nawzajem.
– Nie jestem rasistą, do cholery! – oburzył się były arcy szpieg królestwa Redanii. – W przeciwieństwie do ciebie, nie motywuję wszystkiego konfliktem na tle rasowym! To, że spytałem…
– Jasne – wycedził zimno elf – moi bracia sami wieszali się na murach Wyzimy…
– Wynika z tego, że ledwo co pamiętam mit o Larze Dorren – nie przerywał perory człowiek.
– Mit, to mit? – zdziwił się zaczarowany posąg.
– Rozdzielenie kochanków sprzed dwustu lat? Oczywiście, że to mit – prychnął Dijikstra. I wrócił do perorowania elfowi.
– Insegrim, ja mam piędziesiąt lat, z czego większość spędziłem w polityce. Ja wiem, że rasizm to strach przed innością powodo…
– Strach?! – obruszył się elf. – Ludzki rasizm nie ma nic wspólnego ze strachem. Jesteście najeźdźcami, którzy gardzą tradycją i…
– Elfi rasizm tak samo – przerwał mu kategorycznie Dijikstra. – Tylko silne państwo, rządzone przez silnego władcę, ma możliwość zapewnienia wykształcenia społeczeństwa i zapewnienia równouprawnienia wszystkim obywatelom.
– Silny, ludzki król, tak? – spytał kpiąco elf. Człowiek obdarzył go spojrzeniem, jakie wykle kieruje się do niedorostków, którymi trzeba się zająć. Już otworzył usta, żeby...
    ~*~
Perora człowieka o budowaniu, pokoju, zupełne niezrozumienie upodlenia, w jakim żył. Był wściekły, a jednocześnie nie mógł być, bo ten człowiek chciał jego dobra, chciał mu pomóc wytłumaczyć zaopiekować się. Tyle, że nie wiedział, nie rozumiał, że mówi z pozycji władzy, nie zwykłego człowieka. Insegrim widział, że Sigi chce, chce… chce jego i, cholera, Insegrim też go chciał, tu i teraz.
    ~*~
Był wściekły, był zły. Insegrim, z całą tą swoją ideologią równości nie rozumiał podstawowej sprawy: zabójstwo może zrodzić tylko zabójstwo, a bezpieczeństwo zapewni jedynie silne państwo. Był wściekły, zły i patrzył w błyszczące złością oczy elfa. Biednego, małego radykała, któremu wmówiono, że jedyne co ma to honor. I który ten honor stracił. Miał ochotę mu przyłożyć i pogłaskać go jednocześnie. Miał… mocną dłoń elfa zaciśniętą na karku i twarde wargi zamykające się na jego własnych. I nie miał już ochoty na nic, bo nic już nie widział.
    ~*~
Znieruchomienie człowieka zaskoczyło go, odepchnęło od niego. Bo może… może Insegrim się pomylił i tamten wcale nie chciał jego, może chciał jedynie go pocieszyć, pogłaskać jak dziecko, może… zamarł. Odsunął się, powoli, po fakcie zaskoczony swoją popędliwością.
– Wybacz – powiedział, wstając by odejść jak najdalej od człowieka.

Dijikstra zamarł, czując rękę elfa na karku i jego ciepłe usta na swoich. Zamarł, bo po raz pierwszy poczuł, że jest na swoim miejscu. Całe życie walczył o siebie, o państwo, w którym żył, by wszystko poszło na marne, a to, co wypracował, płonęło na jego oczach. I teraz, po tułaczce po bezdrożach, po odnalezieniu mężczyzny z legendy, po szaleństwach dyskusji poczuł się wreszcie na miejscu. Ale zaraz to poczucie przynależności zniknęło, wraz z ciepłem warg i suchymi słowami elfa. Dijikstra, były szpieg i doradca króla Redanii, skurwiel dowodzący tajnymi służbami, poderwał się na nogi by złapać odchodzącego elfa za rękaw i przyciągnąć go do siebie.

– Nie – odpowiedział i położył sobie na karku ciepłą rękę elfa, którego oczy otworzyły się w ponownym zdziwieniu. Nie, bo nie wybaczy? Nie, bo ma nie odchodzić? Nie, bo? Niepewność wymalowała się w oczach elfa. – Chodź tu – odpowiedział na nieme zdziwienie człowiek i to było już oczywiste i to elf mógł zinterpretować. Przyciągnął więc elfa do pocałunku, zamknął w uścisku. I tak się stało, że żaden z nich nie wrócił do sali głównej, nie wyrzekł ani słowa więcej. No, przynajmniej ani zrozumiałego słowa, bo wzdychania i nieskładnych szeptów za takie poczytywać nie można. I chociaż rano będą zastanawiali się, co w nich wstąpiło i choć żaden z nich nie napomkni o tym, co między nimi zaszło, to długo będą pamiętali o tej nocy.
***

I kiedyśmy się rano obudzili, to nie było ni wioski, ni ludzi, ni żadnej fontanny. Jeno zarośnięta polana. Sigi i Wolf byli już na nogach, równie nieprzytomni jak ja. Nie wiem, na czym stanęły ich swary, ale ranem byli bardziej milczący niż zazwyczaj.

– Ciekawa historia – odezwał się ciemnowłosy mężczyzna w łamanym nilfgaardzkim. Boreas nie poznawał go, a jednocześnie miał wrażenie, że było w nim coś… znajomego. Nie miał jednak czasu się nad tym rozwodzić. – Proszę przekazać moje podziękowania Panom Reuvenowi i Insegrimowi – powiedział, zbliżając twarz ku Łowczemu. – Może nie zdają sobie z tego sprawy, ale bardzo mi pomogli. Wie pan, gdzie mogę ich znaleźć?

***


– Panowie wybaczą – powiedział ciemnowłosy nieznajomy, stawiając na stole trzy kufla z piwem. – Jestem Panom winny przeprosiny – mówił w starszej mowie, w klasycznej, słownikowej odmianie. – Mam nadzieję, że delikatne zaklęcie, które oddzieliło panów od ich wątpliwości, nie wywarło piętna na panów znajomości? – Insegrim Faoilitiarna, zawzięty rasista i bojownik o wolność i Sigismund Dijikstra spojrzeli po sobie, jakby obudzeni ze snu. Wszystko wskazywało, że to, co się wydarzyło, snem nie było, a więc musiało być jawą.
– Dziękuję też, za zdjęcie ze mnie uroku. Nawet sobie panowie nie wyobrażają, jak to jest przezywać ciągle ten sam rok przez dwieście lat…
mężczyźni wciąż milczeli, bo chyba żaden z nich nie miał ochoty nic powiedzieć. Dijikstra czuł tylko dziwne mrowienie na karku, a Insegrim znów czuł, że jego istnienie ma dla kogoś znaczenie.
– Nie ma za co – przerwał w końcu cisze elf. – Pan wybaczy, panie Cregannan, ale musimy się czymś zająć. Teraz. – Powiedział i wstał, a Dijikstra zostawił na stole pieniądze i poszedł za nim. Na górę, do małego, acz osobnego pokoiku.

– Sigi… - zaczął elf, gdy tylko zamknęły się drzwi. Ale przerwał, gdy poczuł dotyk dłoni, która kierowała jego własną na kark człowieka.
– Nie – powiedział tylko Dijikstra i więcej nic już nie powiedział.
____________________
Kot się koci, pies się psi a człowiek się człowieczy.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group | Template DarkMW created by razz

Strona wygenerowana w 0,54 sekundy. Zapytań do SQL: 23


Załóż : Własne Forum lub Własną Stronę Internetową